The Black Cattles of the Night

The Black Cattles of the Night
"Kiedy czarne krowy nocy zostaną wydojone, nastanie świt".
Dla Homera i jemu współczesnych noc była wydarzeniem. Obcy im był czas mierzalny – abstrakcyjny. Czas nie płynął – czas się dział – noc była stadem czarnych krów, które nadeszły w jakimś oczekiwaniu.
Właśnie w ten sposób na swojej dzisiejszej grafice przedstawiam noc, bo chcę dzisiaj o niej opowiadać.
Ciemności doświadczamy w sposób dwojaki: zewnętrzny i wewnętrzny. Ciemność potrafi być ukojeniem i trwogą. Z ciemności przychodzimy i ku niej zmierzamy — to potężna część naszego życia, nie sposób jej ignorować, a gdy spróbujemy, tak czy siak upomni się o nas.
W książce Béla Hamvasa "Ksiega gaju laurowego i inne eseje" czytam, że "ciemność leży w nas najgłębiej, że im coś jest głębsze, tym ciemniejsze". Czyli nasza człowiecza "pestka" pogrążona jest w ciemności. Nie przeraża mnie to, bo w swoim własnym doświadczeniu ciemności zrozumiałam, że ten mrok może być źródłem światła.
Hamvas pisze: "Każda istota nosi w sobie własną noc. (…) Z mrokiem nie spotkał się tylko ten, kto nigdy niczego nie szukał".
Tak, w naszej hałaśliwej rzeczywistości jasnego dnia zazwyczaj omijamy noc wielkim łukiem. W sumie to nawet nie mamy na nią czasu. Dopiero gdy naprawdę zwolnimy, lub gdy zostaniemy przez życie nagle zatrzymani, gotowi jesteśmy usiąść w całkowitej ciemności i wsłuchać się w nią. Co tam zobaczymy?
Czytam u Hamvasa: "Dopóki nocą (człowiek) czuje strach, nie wie, czym jest noc, wie tylko, czym jest strach. Dopóki czuje, że noc przytula go do siebie słodkimi ramionami, wie tylko, czym są te słodkie objęcia. Ale wszystko to jest na zewnątrz, na zmysłowej powierzchni ciemności."
Dalej pisze, że "noc rozpuszcza człowieka jak woda rozpuszcza sól", że jest to miejsce bez przestrzeni i bez czasu — "Noc przynosi chwilę, o której pustelnik mówi: patrz, teraz znika czas."
I co zostaje? Zostajemy wówczas sami ze sobą, bez wieku, ani młodzi, ani starzy, bez połyskliwych rozpraszaczy. W tej ciemności naprawdę mamy szansę spotkać siebie. I Boga, jeżeli zechcemy — kimkolwiek dla nas ten Bóg jest. Bać się spojrzeć ciemności w twarz jest lękiem przed spotkaniem samego siebie. Boimy się, czy wytrzymamy samych siebie, czy będziemy gotowi pokochać to, co zobaczymy. No bo jak? Skoro w mroku najczęściej pojawiają się nasze największe demony?
Naszym demonom wykrzywiony wyraz twarzy nadaje nasza wyobraźnia, nasze cierpienie, nasza krzywda. Gdy naprawdę zechcemy spojrzeć na nie – na siebie – z życzliwością, te twarze łagodnieją, jaśnieją, a niekiedy nawet stają się transparentne i znikają. Ale trzeba na to być gotowym. I noc czyni nas na to gotowymi, bo zwyczajnie dalej już nie ma dokąd iść. W tym ciemnym miejscu zamiast bładzic po omacku w lęku, lepiej się zatrzymać, spojrzeć w gląb siebie i zacząc być ciekawym. To jest jedyna droga ku swiatlu.
Zatem nie ma co się trwożyć przed nocą na zapas — ostatecznie, jak sam Homer pisał, jest to tylko stado łagodnych krów, czekających z nami na świt.
I jeszcze, bardzo ważne. Nie chcę tym postem odczarowywać prawdziwych ciemności, które mogą ogarnąć nasze serce, duszę i umysły, w których jedyna nasza sprawczość może okazać się zgubna. W ciemność spojrzeć zawsze musimy sami, ale zwyczajna życzliwa obecność drugiego człowieka zawsze pomaga. Może to być nawet milcząca obecność — ale obecność czuła i cierpliwa— taka: "Zależy mi na tobie — jestem tu dla ciebie". A jak czujemy, ze nie ma dla nas ratunku, trzeba, trzeba prosic o pomoc.
To tyle. Z pozdrowieniami,
K.
pssst...
Noc była bezsenna, więc zamiast przewracać się z boku na bok, napisałam post i dopracowałam grafikę. Wysyłam go z opóźnioną datą dostępu — jeśli właśnie go czytasz, znaczy to, że eksperyment się powiódł.
I niezmiennie zapraszam tam ---->
fb: @between.words.2025
in: @kasia_m.baranowska

The Black Cattles of the Night
"When the black cows of the night have been milked, dawn will come."
For Homer and his contemporaries, night was an event. They knew nothing of time as something measurable or abstract. Time did not flow — time happened. And night was a herd of black cows arriving with a certain expectancy.
This is precisely how I depict the night in today's drawing — for today I want to speak about night.
We experience darkness in two ways: outwardly and inwardly. Darkness can soothe, and it can terrify. We come from darkness and we return to it — it is a vast part of our lives, impossible to ignore; and if we try, it will call us back regardless.
In Béla Hamvas's The Laurel Grove and Other Essays, I read that "darkness lies deepest within us, for the deeper something is, the darker it becomes." Our human "stone" — our kernel — is thus steeped in darkness. This does not frighten me, for in my own encounters with darkness I learned that this very darkness is the source of light.
Hamvas writes: "Every being carries its own night within. (…) Only someone who has never searched for anything has never met the dark."
And indeed, in our noisy daylight reality, we tend to avoid the night altogether. We hardly even have time for it. Only when we slow down — or when life brings us abruptly to a halt — are we ready to sit in complete darkness and listen. And what will we see there or feel?
Hamvas again: "As long as a man feels fear at night, he still does not know what night is; he only knows what fear is. As long as he feels the night embrace him with sweet arms, he knows only those sweet embraces. But all of this is external — the sensory surface of darkness."
He goes further: "Night dissolves a person the way water dissolves salt." That it is a place beyond space and beyond time — "Night brings the moment of which the hermit says: look, now time disappears."
And what remains then? We remain alone with ourselves — ageless, neither young nor old, stripped of glittering distractions. In that darkness we truly have a chance to meet ourselves. And God, if we wish — whoever or whatever God may be for us. To fear looking night in the face is to fear meeting ourselves. We are afraid we will not endure our own company; afraid we will not manage to love what we see there. And understandably so — for in that darkness our greatest demons tend to appear.
Yet the distorted faces of these demons are shaped by our imagination, our wounds, our suffering. When we truly dare to look at them — at ourselves — with kindness, their faces soften, brighten, and sometimes even become transparent and vanish. But one must be ready for this. And night makes us ready, for there is simply nowhere else to go.
So there is no reason to dread night in advance — for as Homer himself wrote, it is only a herd of gentle cows waiting with us for the dawn.
And one more thing — important. I do not want to disenchant the true darkness that can overcome our hearts, minds, and souls, where our own agency may become harmful to us. We must always face that darkness alone — yet the simple, benevolent presence of another human being always helps. Even a silent presence — but one tender, patient, and kind — the sort that says: "You matter — I am here for you."
With warm regards,
K.
pssst ...
The night was sleepless, so instead of tossing and turning, I wrote this post and worked on the drawing. I'm sending it with delayed access — and if you're reading it now, it means the experiment has worked.
You will find me there too ---->
fb: @between.words.2025
in: @kasia_m.baranowska

And I will ilustrate this night by ''Dreamy' by Hania Rani.
Stay tuned.
K.